FAQFAQ   FAQSzukaj   FAQUżytkownicy   FAQGrupy   FAQRejestracja   FAQProfil   FAQZaloguj 
FAQZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   

Poprzedni temat «» Następny temat
Szansa cz.II
Autor Wiadomość
al_umran 
Child of the night



Wiek: 30
Dołączyła: 08 Lut 2010
Posty: 266
Skąd: tutaj
Wysłany: 04-03-2014, 08:54   

Jak mi pomożecie wymyślić, jaki samochód Eric może dać Sookie, to wrzucę kolejne.
 
 
max33 
Should stay out of cemeteries!
Team Eric



Wiek: 37
Dołączyła: 06 Mar 2012
Posty: 592
Skąd: poznań
Wysłany: 05-03-2014, 11:09   

dziękuję za nowy rozdział . Jeżeli miała bym pomarzyć o samochodzie to nowy mini , lub doceniając skandynawskie korzenie Erica volvo lub saab , może terenowe bmw to przecież Luizjana (bagna i bezdroża) .
Sądzę jednak ,że taki samochód od razu zwróci uwagę szczególnie w małym mieście jak Bon Temps . Blondynka za kierownicą ciężarówki w Luizjanie "na wsi" to jedna z wielu , blondynka za kierownicą "drogiego auta '' to łatwy cel i prosty sposób na identyfikację telepaty.
Gdybym była tak przebiegła jak Eric kupiła bym popularny model samochodu (statystyka) w najczęściej spotykanym kolorze nic wyróżniającego się w tłumie innych aut . Wypatroszyła bym wnętrze wzmocniła nadwozie , wymieniła silnik , powiększyła bak paliwa wbudowała skrytkę na broń lub mały schowek na wampira . Taki koń trojański na czterech kołach . :P bezpiecznie i praktycznie bez zbędnego przyciągania uwagi na co Sookie ciągle narzeka .
 
 
al_umran 
Child of the night



Wiek: 30
Dołączyła: 08 Lut 2010
Posty: 266
Skąd: tutaj
Wysłany: 09-03-2014, 17:18   

No dobra, nie wykazałam się zbyt wielką kreatywnością, ale nie chce mi się nad tym dłużej myśleć.


Ktoś coś mówił. Głośno.
Jęknęłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że to budzik w mojej komórce ustawiony na radio, co oznaczało, że pora wstawać. Zaciemniona sypialnia Erica sprawiała, że miałam tendencję do spania dłużej niż zwykle, więc zaczęłam nastawiać budzik, kiedy u niego nocowałam.
Pacnęłam ręką na oślep i wyłączyłam alarm. Zawsze zadziwiało mnie, że bez względu na to, jak bardzo byłam nieprzytomna, akurat w wypadku tej czynności za każdym razem trafiałam bez pudła.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy zapadła cisza. Po chwili odszukałam stojącą przy łóżku lampkę i zapaliłam ją. Pokój wypełnił się łagodnym światłem.
Odwróciłam się do Erica, który leżał z nosem przy moich karku. Tym razem pamiętał, żeby upewnić się przed świtem, że nie przytrzasnął moich włosów. Jego głowa robiła się strasznie ciężka, kiedy był nieprzytomny i już kilka razy musiałam się sporo nabiedzić, kiedy próbowałam ją rano przesunąć. Zmarszczyłam brwi, kiedy zauważyłam jego laptop leżący tuż przy łóżku. Eric musiał pracować na nim do samego brzasku, a może nawet trochę dłużej. Miałam nadzieję, że znowu nie przeciągnął struny i że nie obudzi się z bolącymi oczami. Eric był tak nieprzyzwyczajony do chorowania, że nie potrafił się oszczędzać.
Pocałowałam go w czoło zanim nie bez wysiłku zsunęłam z siebie jego przerzucone przez moją talię ramię i wyśliznęłam się z łóżka. Nie planowałam, że zostanę dziś na noc, więc nie miałam ze sobą świeżych ubrań. Na dodatek nie byłam pewna, czy Eric nie podarł mojej wczorajszej kreacji w strzępy. Na szczęście nauczona doświadczeniem byłam wystarczająco przezorna, żeby zostawić u niego na stałe szczoteczkę do zębów i kilka sztuk czystej bielizny – akurat na ten element garderoby Eric miał tak zgubny wpływ, że zapas mógł mi się przydać nawet jeśli wpadałam tylko na chwilę.
Oceniłam, że moje spodnie wciąż nadają się do użytku i postanowiłam pożyczyć od Erica czystą koszulę – z zawiniętymi rękawami i przewiązana w pasie prezentowała się na mnie całkiem nieźle. Kiedy już zdołałam skompletować ubranie, wyszłam z sypialni, aby stawić czoła nowemu dniu. Naturalne światło sprawiło, że od razu poczułam się bardziej rześka. Mimo to skierowałam się w pierwszej kolejności prosto do kuchni i do ekspresu do kawy – gdzie znalazłam kopertę z moim imieniem wypisanym ręką Erica. Był w niej jakieś przedmiot. Ciekawie zajrzałam do środka.
- Nie – powiedziałam na głos.
A jednak.
W kopercie były kluczyki do samochodu. Tyle tylko, że nie były to kluczyki do Corvetty.
- Eric, coś ty znowu zrobił? – jęknęłam.
Włączyłam ekspres, ale nie miałam wystarczająco siły woli, żeby poczekać, aż kawa się zaparzy, zanim upewnię się, co takiego tym razem wykręcił. Nie wytrzymałam i pobiegłam do garażu.
Jak mogłam się tego spodziewać, znalazłam w nim dwa samochody. Obok Corvetty stała wiśniowa Honda Civic prosto z taśmy produkcyjnej. Na przedniej szybie za wycieraczką zatknięta była kartka:
„Pam zarzekała się, że każda kobieta powinna mieć samochód dobrany pod kolor lakieru do paznokci. Dokumenty są w schowku. Możesz na mnie nakrzyczeć od razu, ale pamiętaj – zabicie martwego jest w jeszcze gorszym tonie niż kopanie leżącego.
Kocham,
E”.
Przez chwilę stałam jak wmurowana.
Dam ci samochód – powiedział wczoraj, kiedy zastanawiałam się, jak dotrę do pracy. Cóż, jak powiedział, tak zrobił.
Wiedziałam, że tak to się skończy, jeśli szybko nie kupię samochodu. Przebiegły, przebiegły wampir. Świetnie to sobie wszystko wykalkulował – robienie mu awantury teraz, kiedy był nieprzytomny, mijało się z celem, a do wieczora zdążę ochłonąć. I jeszcze do tego na koniec próbuje mnie udobruchać podpisując się w ten sposób. Dobrze wiedział, że mnie rozmiękczy.
Swoją drogą, o co chodziło z Erikiem i deklaracjami uczuć na piśmie?
- Mówiłam, że nie potrzebuję drogiego samochodu! – rzuciłam w przestrzeń.
Obróciłam się na pięcie i wmaszerowałam tupiąc z powrotem do domu. Poszłam prosto do mojej torebki i wyciągnęłam najbardziej jaskrawą szminkę, jaką miałam, a potem zdecydowanym krokiem skierowałam się do sypialni Erica. Zamknęłam za sobą starannie podwójne drzwi (wbrew jego sugestii, nie chciałam go mimo wszystko zabić wpuszczając do środka słońce) i zapaliłam światło. Zatopiłam chmurne spojrzenie w nieruchomym Ericu.
Leżał sobie spokojnie z głową na poduszce, przykryty po żebra, cichy, jasny i rozczochrany. Obraz niewinności, myślałby kto.
- Myślisz, że jesteś taki sprytny, hm? – powiedziałam.
Oczywiście nie zareagował. Zmrużyłam oczy i podeszłam powoli do łóżka dzierżąc szminkę jak sztylet i namyślając się nad najlepszym planem odwetu. W końcu, nie mając lepszego pomysłu, odkręciłam pomadkę i pieczołowicie naniosłam na jego czoło szkarłatny napis „BUFON”. Miałam cichą nadzieję, że nie spojrzy w lustro przed wyjściem z domu i że ktoś zobaczy go w tym stanie zanim zdąży zetrzeć moje bazgroły. W przebłysku geniuszu sięgnęłam po komórkę i zrobiłam mu zdjęcie, po czym natychmiast wysłałam je Pam.
Od razu poczułam się lepiej.
Wróciłam do kuchni w samą porę na moją kawę. Usiadłam z zadowolonym westchnieniem. Kawa zawsze poprawiała mi nastrój. Eric zaczął ostatnio trzymać dla mnie trochę lepiej przechowującej się żywności, więc mimo że nie spodziewał się wczoraj mojej wizyty, znalazłam coś do jedzenia. Rozłożyłam na stole notkę od Erica i przebiegłam ją jeszcze raz wzrokiem. Po krótkim wahaniu poskładałam ją i schowałam do portfela.
Mój spokój zmącił natarczywy dźwięk dzwonka w mojej komórce. Zerknęłam na wyświetlacz i zobaczyłam, że miałam już kilka nieodebranych połączeń.
- Amelia? – powiedziałam odbierając.
- Sookie! Całe szczęście.
- Czy coś się stało?
- Martwiłam się o ciebie. Powiedziałaś mi, że wrócisz wczoraj na noc.
- Och… Przepraszam, zapomniałam zadzwonić do ciebie i powiedzieć ci, że zmieniły mi się plany.
- Wszystko w porządku?
- Tak, przenocowałam u Erica.
- Uuuu-hm – odparła na to tylko Amelia i dobrze wiedziałam, co sobie pomyślała na temat przyczyn, dla których nie usłyszałam wczoraj w nocy jak dzwoniła. Nie mogłam jej za to winić, bo miała absolutną rację. – Udany wieczór?
Przygryzłam wargę.
- Owszem.
Nie mogłam opowiedzieć jej o Niallu, ani nie miałam ochoty rozwodzić się nad tym, w jaki konkretnie sposób ugościł mnie Eric. Tak naprawdę chciałam z kimś porozmawiać o moim nowoodkrytym pradziadku, ale wiedziałam, że powinnam zachować tę sprawę w tajemnicy, więc pozostawało mi tylko poczekać aż znowu zobaczę się z Erikiem.
- Wpadniesz przed pracą do domu?
- Tak. Nie wzięłam ze sobą roboczych ciuchów, muszę się przebrać.
- Jak dojedziesz?
- Eric zostawił mi samochód – powiedziałam po prostu nie mając siły na wyjaśnienia przez telefon – i tak czekała mnie jeszcze reakcja Amelii i całego miasta kiedy zobaczą rzeczony pojazd i kiedy już zorientują się, że nie tylko nim jeżdżę, ale też jestem jego właścicielką.
- W takim razie na ciebie czekam.
Zerknęłam na zegarek i zobaczyłam, że muszę się trochę pospieszyć, więc wymieniłam z Amelią pożegnania i wróciłam do mojego śniadania. Po skończonym posiłku posprzątałam po sobie (Eric prawie nie używał kuchni, więc byłam szczególnie wyczulona, żeby nie zostawić mu w niej bałaganu – byłoby oczywiste, że to ja go narobiłam), zebrałam manatki, pozamykałam dom i niepewnie wśliznęłam się z powrotem do garażu, aby zmierzyć się z moim nowym samochodem.
Wyciągnęłam kluczyki i skrzywiłam się, ale nie mogłam całkowicie stłumić tlącej się we mnie frajdy z wsiadania do nowego samochodu. Spędziłam chwilę na ustawianiu fotela i lusterek. Uśmiechnęłam się do siebie, kiedy zobaczyłam moje dłonie spoczywające na kierownicy, z paznokciami w dokładnie tym samym odcieniu co karoseria samochodu. Potrząsnęłam głową nad Pam i Erikiem. Jeśli ta dwójka zmówiła się przeciwko mnie, to od początku nie miałam żadnych szans wygrania tej potyczki. Cóż, mogło być gorzej. Przynajmniej Eric powstrzymał się częściowo i wybrał rozsądny samochód, choć naprawdę nie potrzebowałam fabrycznie nowego auta.
W końcu wyjechałam na drogę. Jedno musiałam przyznać – samochód był o wiele wygodniejszy od mojego starego grata, a jednocześnie czułam się w nim mimo wszystko nieco swobodniej niż w Corvecie. Włączyłam radio, którego jakości dźwięku nie potrafiłam nawet w pełni docenić. Było tam jeszcze kilka innych tajemniczych przycisków na desce rozdzielczej, których bałam się ruszać – nie byłabym zbytnio zaskoczona, gdybym znalazła gdzieś włącznik wodotrysku, albo działa laserowego. Znając Erica to drugie było nawet bardziej prawdopodobne. Oczywiście bak był pełen, więc dojechałam do domu beż żadnych przystanków po drodze.
Spodziewałam się, że Amelia rzuci jedno spojrzenie na samochód i na mnie w koszuli Erica i natychmiast będzie chciała dowiedzieć się więcej o moim wczorajszym wieczorze, ale spotkało mnie zaskoczenie: kiedy weszłam do domu, okazało się, że Amelia nie jest sama – siedziała w salonie w towarzystwie starszej, czarnoskórej kobiety i wyglądała dość niewyraźnie.
- Dzień dobry – powiedziałam w stronę jej gościa nie chcąc być nieuprzejma.
- Sookie, – odezwała się słabo Amelia – to jest Octavia Fant, moja mentorka.
O, cholera. Wiedziałam, kim była Octavia – czarownicą sprawującą nad Amelią bezpośredni nadzór w Nowym Orleanie. Straciły kontakt po Katrinie i choć wiedziałam skądinąd, że Amelia była zatroskana o jej los, niekoniecznie miała ochotę się z nią spotykać – miało to sporo wspólnego z faktem, że nasz kot, Bob, był tak naprawdę pechowym kochankiem Amelii, którego niechcący przemieniła w zwierzę podczas jakiegoś odważnego eksperymentu magiczno-erotycznego i nie potrafiła odczarować.
Octavia miała ostre rysy twarzy, władcze, pełne godności spojrzenie i umysł, którego nie mogłam odczytać.
- Sookie Stackhause – przedstawiłam się. – Miło panią poznać. Amelia wiele o pani opowiadała.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zadzwonił telefon.
- Proszę wybaczyć – powiedziałam i poszłam odebrać.
Czułam lekką ulgę, że mam wymówkę, by się wycofać – to znaczy póki nie dowiedziałam się, w jakiej sprawie do mnie dzwoniono.
- Halo?
- Sookie?
- Alcide? – powiedziałam zaniepokojona jego zmienionym głosem. Był zachrypnięty i brzmiał, jakby płakał. – Wszystko w porządku?
- Czytałaś gazety? – odpowiedział pytaniem.
- Nie. Co się stało?
- Maria-Star nie żyje. Została zamordowana.
Wciągnęłam gwałtownie oddech. Maria-Star Cooper była dziewczyną Alcide’a.
- Alcide, tak mi przykro! Nie miałam pojęcia.
Mówiłam szczerze. Było mi strasznie żal Alcide’a, który był dobrym facetem, ale miał wyjątkowego pecha jeśli chodzi o romantyczne związki – to już druga jego dziewczyna, która kończyła martwa. O ile Debbie Pelt zabiłam własnoręcznie (w samoobronie!) i uważałam ją za niezrównoważoną sukę, o tyle Marię lubiłam. I dopiero co widziałam ją na weselu, całą i zdrową. Jej śmierć była wstrząsem.
- Jak do tego doszło? Czy wiesz, kto to zrobił?
- Podejrzewam, że Patrick Furnan mógł być w to zamieszany. Uważa mnie za zagrożenie od czasu, kiedy zabił mojego ojca. Jeśli mam rację, też możesz być w niebezpieczeństwie – w czasie pojedynku podważyłaś jego uczciwość na naszą korzyść. Wie, że zraniłoby mnie, gdyby coś ci się stało.
- Okej – powiedziałam ponuro. – Dzięki za ostrzeżenie.
Będę musiała powiedzieć Ericowi, że znowu ktoś może chcieć mnie zabić. Nie specjalnie paliłam się do zobaczenia jego reakcji.
- Posłuchaj, Sookie, być może mogłabyś pomóc nam ustalić, kto za tym stoi.
- W jaki sposób? – zapytałam ostrożnie, powstrzymując się od głośnego jęknięcia.
Ku mojemu zaskoczeniu nie zasugerował jednak użycia telepatii:
- Wciąż mieszkasz z czarownicą?
- Owszem.
- Mogłabyś ją namówić, żeby przyszła do mieszkania Marii-Star i spróbowała odczytać, co się tam wydarzyło? Wiedzielibyśmy wtedy, czy faktycznie były w to zamieszane wilkołaki.
Spojrzałam niepewnie w stronę salonu, w którym Amelia ciągle siedziała razem z Octavią. Nie byłam przekonana, czy to dobry moment, ale rozumiałam powagę sytuacji.
- Zapytam jej – powiedziałam. – Ma w tej chwili gościa. Oddzwonię do ciebie, kiedy będę mieć odpowiedź.
- To może być ważne, Sookie, także ze względu na twoje bezpieczeństwo.
- Wiem. Postaram się. Trzymaj się, Alcide.
Przedstawiłam sprawę czarownicom bez większej nadziei na sukces, ale ku mojemu zaskoczeniu po wyrażeniu początkowej dezaprobaty dla pomysłu Octavia nie tylko nie powstrzymała Amelii, ale też dała się namówić na pomoc. Przypuszczam, że miał z tym coś wspólnego fakt, że sama odniosła porażkę przy próbie odczarowania Boba. A może po prostu była samotna?
Oddzwoniłam od Alcide’a i ustaliliśmy, że wyśle kogoś po wiedźmy, ale nie miałam w planie im towarzyszyć – szłam do pracy.
Zdałam sobie sprawę, że trochę za bardzo zmarudziłam, więc w pośpiechu zmieniłam ciuchy i wskoczyłam z powrotem do samochodu. Przyznaję, że docisnęłam trochę pedał gazu, żeby się nie spóźnić – i oczywiście już po kilku minutach na pustym odcinku drogi machnął na mnie policjant. Zaklęłam z cicha i zjechałam na pobocze. Trzeba mieć moje szczęście, żeby dostać mandat ten jeden raz na rok, kiedy akurat przekroczy się dozwoloną prędkość. Zrezygnowana opuściłam szybę i sięgnęłam do schowka, w którym zgodnie ze słowami Erica powinnam znaleźć dokumenty.
Ale kiedy zerknęłam w lusterko zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Idący w moją stronę mężczyzna miał na sobie górę od munduru, ale nie byłam całkiem pewna co do kroju jego ciemnych spodni. Jeździł na motorze, nie radiowozem i nie był żadnym ze znajomych mi policjantów z posterunku w Bon Temps. Zgodnie z moim szóstym zmysłem nie był też człowiekiem, ale wilkołakiem. Byłam na zasłoniętym drzewami, ustronnym odcinku trasy. Ostrzeżenie Alcide’a zadźwięczało mi w głowie, zwłaszcza że myśli rzekomego policjanta były pełne agresji i trzymał w ręce… O, cholera.
Podchodził do okna, kiedy ze schowka wypadły niezauważone przeze mnie w roztargnieniu dwa przedmioty. Złapałam odruchowo jeden z nich – ciężki i zimny.
Kocham cię, Eric – pomyślałam, kiedy opuściłam wzrok by spojrzeć prosto na leżący w mojej dłoni pistolet.




Nie wysłałam Sookie z Amelią na rekonstrukcję, bo chyba nie musimy tego znowu przerabiać.

[ Dodano: 20-03-2014, 19:30 ]
Wklejam, słoneczka, ale dajcie znak życia.




Miałam dokładnie dwie sekundy na zareagowanie, kiedy podniosłam wzrok na mierzącego do mnie fałszywego policjanta – jedną podczas której upewniał się, że patrzy na właściwą osobę i drugą kiedy zawahał się na widok broni.

Wystrzeliłam pierwsza i rzuciłam się na podłogę. Usłyszałam huk odpowiadającego wystrzału, ale kula ominęła mnie i zamiast tego uwięzła w oparciu siedzenia. Wilkołak krzyknął a potem zamilkł. Z bijącym sercem wyjrzałam ostrożnie z mojej kryjówki.

Leżał martwy na szosie wzdłuż mojego samochodu.

Rok temu byłabym przerażona faktem, że kogoś zabiłam. Teraz byłam zadowolona, że to nie ja byłam trupem. Jeśli dobrze zrozumiałam definicję, to zgodnie z tym, co wyczytałam w moim Kalendarzu ze Słowem na Każdy Dzień, coś takiego nazywa się adaptacją.

Byłam chyba w lekkim szoku, bo pierwsze co zrobiłam, to przeszukałam wzrokiem podłogę mojego samochodu, by zidentyfikować drugi przedmiot, który wytoczył się ze schowka razem z pistoletem. Okazało się, że był nim kołek. Pokręciłam tylko w zdumieniu głową nad Erikiem, który skompletował dla mnie ten podręczny zestaw Małego Asasyna. Przeszło mi przez myśl pytanie, czy pistolet naładowany był srebrnymi kulami.

Wysiadłam szybko z samochodu i sprawdziłam, czy mój przeciwnik faktycznie nie żyje. Odkopałam porzucony pistolet leżący obok jego bezwładnej dłoni – nie ma co niepotrzebnie ryzykować. Ciemna krew szybko rozlewała się po asfalcie.

Upewniwszy się, że wilkołak nie strzeli mi w plecy, kiedy się odwrócę, rozejrzałam się bezradnie po okolicy. Musiałam jakoś pozbyć się ciała. Technicznie rzecz biorąc byłam w lesie, ale niestety nie był gęsto podszyty – mało krzaków, lub choćby suchych liści, by przykryć nimi zwłoki. Na szczęście droga do Bon Temps nie była uczęszczana i jakimś cudem akurat nikt nie jechał.

Musiałam działać szybko (bez-zwłocznie – pomyślałam w przypływie czarnego humoru). Przestawiłam samochód tak żeby trochę bardziej blokował widok na ciało od strony drogi. Motor wyglądał podejrzanie, ale na szczęście był zaparkowany na poboczu, nie przewrócony, więc póki co postanowiłam go zostawić – wystający zza drzewa wyglądałby nie lepiej. Próbowałam zadzwonić do domu, żeby złapać Amelię, być może wraz z jednym z wilkołaków Alcide'a, ale musiała już wyjść, bo nie odebrała. Z rezygnacją zdałam sobie sprawę, że nie mam wyjścia – muszę spróbować wpakować zwłoki do bagażnika.

Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się to zadanie – dźwignięcie bezwładnego, ciężkiego faceta jest naprawdę trudne, nawet jeśli wpychałam go bez najmniejszych skrupułów głową na przód (na kilka etapów – najpierw zahaczyłam ramiona o krawędź bagażnika, potem dopchałam tułów i w końcu podniosłam nogi) i jestem pewna, że w życiu nie dałabym rady, gdyby nie to, że miałam w sobie krew Erica. Na koniec zasapana zatrzasnęłam wieko i usiadłam na nim jak na niedomykającej się walizce. Pot lał się ze mnie strumieniami.

Raz jeszcze wyjęłam telefon. Po chwili wahania zadzwoniłam w pierwszej kolejności do Sama. Był najbliżej.

- Umiesz jeździć na motorze? – zapytałam prosto z mostu.

- Hm… Sookie?

- Muszę ukryć motor.

- Wszystko w porządku?

- Nie. Jestem mniej więcej w połowie drogi od domu i w samym środku kryzysu. Muszę ukryć motor i posprzątać krew na szosie. Mógłbyś się przemienić albo podjechać tu i mi pomóc?

- Krew? Sookie, nic ci nie jest? Jakiego kryzysu? Co się stało?

- Spokojnie, nie mam ani draśnięcia. To nie moja krew.

- Będę u ciebie za kilka minut. Trzymaj się.

Następnym telefonem, jaki wykonałam, był telefon do Alcide'a. To jego chciałam obarczyć przysłaniem kogoś do ukrywania zwłok – i przy okazji zidentyfikowania fałszywego policjanta.

- Będę w Merlotte's – powiedziałam mu kończąc. – Zostawię samochód na parkingu, tylko wyślij kogoś do mnie po kluczyki.

- Merlotte's? Dlaczego nie poczekasz na miejscu?

- Muszę się spieszyć.

- Dokąd?

- Jestem spóźniona do pracy – powiedziałam, zanim się rozłączyłam. Że też ludzie nie rozumieją najprostszych rzeczy.

Wzięłam głęboki oddech. Mój kciuk zawisł nad klawiaturą i w końcu wcisnęłam numer Erica. Był jeszcze dzień, więc wiedziałam, że nie odbierze, ale wolałam, żeby znalazł wiadomość ode mnie na sekretarce, niż żeby dowiedział się co się dziś stało od kogoś innego.

- Eric? Cześć – powiedziałam po sygnale. – Mmm… Posłuchaj, muszę ci coś powiedzieć.

Mój wzrok utkwił nagle w śladzie po kuli w fotelu kierowcy i niespodziewanie ścisnęło mi się gardło. To był zupełnie nowy fotel w nowym samochodzie. Owszem, nie chciałam takiego drogiego auta, ale, no niech to szlag… jeździłam nim pierwszy dzień. I było prezentem. Dostałam je od mojego wampira. Mojego troskliwego wampira, który wyposażył mnie w broń palną. Tak się starał, a teraz… teraz przez jakąś pieprzoną wojnę wilkołaków nie dość, że ktoś próbował mnie ukatrupić, to jeszcze do tego miałam dziurę po kuli w fotelu i cały nowiutki bagażnik ubabrany we krwi. Przecież to już pewnie nigdy nie zejdzie…

- Eric, zniszczyłam samochód – wyrwało mi się zupełnie bez sensu. – To znaczy… nie zepsułam, ale jest… wygląda… nie nadaje się nikomu do pokazania. Tak mi przykro. I…

A niech mnie, ale byłam gotowa się rozpłakać. Siąknęłam nosem.

- Dziękuję za pistolet – dodałam szybko, tylko się pogrążając. Zobaczyłam kątem oka podjeżdżającego Sama. – Wytłumaczę później. Nie mam teraz czasu. Muszę ukryć zwłoki. Um. Po prostu… Zadzwoń do mnie, dobrze? Pa.

Rozłączyłam się szybko i zastygłam gapiąc się na ekran. Idiotka. Co on sobie pomyśli, jak to usłyszy? Przez chwilę chciałam zadzwonić jeszcze raz, ale miałam przeczucie, że jeśli nagram coś jeszcze, zdołam tylko palnąć coś równie głupiego. Na szczęście Erikowi nie groził zawał serca. W razie czego mógł też sprawdzić więź krwi i stwierdzić, że nic mi nie jest, więc raczej nie powinien spanikować. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Otarłam odrobinę mokre oczy i odwróciłam się do Sama, który akurat wyskakiwał z samochodu. Omiótł spojrzeniem sytuację i podszedł do mnie szybkim krokiem. Położył ręce na moich ramionach i obejrzał mnie od góry do dołu w poszukiwaniu obrażeń.

- Sam, Sam! Spokojnie! Mówiłam, że nic mi nie jest!

Dopiero wtedy odetchnął z ulgą.

- Co to za kryzys? – zapytał raz jeszcze.

- Mam trupa w bagażniku.

Odpowiedziała mi długa cisza.

- Pożyczyć ci łopatę? – zapytał w końcu Sam.

Nie wytrzymałam: wybuchłam głośnym i z lekka histerycznym śmiechem. Sam patrzył na mnie zmartwiony.

- Nic mi nie jest – zapewniłam po raz enty łapiąc oddech.

Sam nie wyglądał na przekonanego, ale nie skomentował. Obiecał, że zajmie się schowaniem motoru i zlikwidowaniem śladów na drodze, a ja tym czasem jakby nigdy nic odpaliłam samochód i pojechałam w stronę Merlotte's. Wyciągnęłam Sama z pracy – mogłam przynajmniej stawić się na własną zmianę.

Jechałam może ze trzy minuty, kiedy z bocznej drogi wyjechał Andy Bellefleur. Na służbie.

Chyba sobie jaja robisz – pomyślałam, kiedy machnął na mnie i kazał mi zjechać na pobocze.
 
 
max33 
Should stay out of cemeteries!
Team Eric



Wiek: 37
Dołączyła: 06 Mar 2012
Posty: 592
Skąd: poznań
Wysłany: 26-03-2014, 13:12   

śmiałam się i płakałam rozdział bezcenny :D
 
 
al_umran 
Child of the night



Wiek: 30
Dołączyła: 08 Lut 2010
Posty: 266
Skąd: tutaj
Wysłany: 26-04-2014, 14:37   

Krótkie opowiadanko:
https://www.fanfiction.net/s/10299150/1/

[ Dodano: 14-05-2014, 15:30 ]
dodatek:
https://www.fanfiction.ne...5/With-Benefits

[ Dodano: 17-05-2014, 17:39 ]
Pszszsz... czasem jeszcze mi się zdarza coś napisać...



– Nowy samochód? – zapytał, kiedy opuściłam szybę.
- Owszem – odparłam z szalonym uśmiechem na twarzy. Moje plecy przyklejone były do oparcia, żeby zasłonić dziurę po kuli.
- No, no – Andy zdziwionym spojrzeniem nowiutkie auto. Zdałam sobie sprawę, że zatrzymał mnie po prostu po to, by móc mu się lepiej przyjrzeć. – Ktoś dostał hojny prezent.
Oczywiście Andy od razu domyślił się, że sama nie mogłabym sobie pozwolić na nowy samochód. Doskonale orientował się też w fakcie, że umawiałam się z wampirami, więc nie był specjalnie zdziwiony, choć jego zazdrość zabarwiona była lekką pogardą dla mnie. Wiem, jak łatwo było wyciągnąć niepochlebne dla mnie konkluzje: wedle wiedzy mieszkańców Bon Temps byłam niewyedukowaną, lekko szurniętą kelnerką z dużym biustem. Nie trzeba było być detektywem jak Andy, by domyślić się, jakiej przyczyny za prezentem Erica będą się dopatrywać. Był to jeden z powodów, dla których byłam tak niechętna, by w ogóle mi go dawał. Rzecz jasna Eric miał tak niskie zdanie o moich sąsiadach, że nie miał najmniejszego zamiaru sugerować się ich opinią i zgodzić się na to, żebym przez wzgląd na nich jeździła gorszym samochodem – tym bardziej, że w jego mniemaniu zastępował mój poprzedni, rozbity pojazd. Słuchanie lekceważącej oceny mojej osoby w myślach Andy’ego nie było zbyt przyjemne i byłam w stanie je znieść tylko dlatego, że wiedziałam, gdzie tak naprawdę stoję z Erikiem. Eric ze swojej strony doskonale zdawał sobie sprawę, że zupełnie zwisa mi fakt, że jest obrzydliwie bogaty.
- Zatrzymałeś mnie tylko po to, żeby mi to powiedzieć, czy miałeś jakąś prawdziwą przyczynę? – warknęłam, bo jednak trochę mnie wkurzył, a moje nerwy nie były w najlepszym stanie.
Błąd. Andy nadął się i spiorunował mnie wzrokiem.
- Dokumenty proszę – powiedział zimno i formalnie.
- Dlaczego? Nie złamałam przepisów. Jechałam z dozwoloną prędkością…
- Kontrola pojazdu! Skąd mogę wiedzieć, że nie ukradłaś tego samochodu?
Zamknęłam się w porę pomimo rosnącego we mnie oburzenia, przypominając sobie, że może głoszenie własnej niewinności z moim obecnym ładunkiem nie było najlepszym pomysłem. Bez dalszego marudzenia otworzyłam schowek i wzdrygnęłam się, gdy wypadł z niego z głośnym stukotem kołek. Na szczęście pistolet schowałam po użyciu do torebki.
Andy uniósł tylko brew, ale nie skomentował, kiedy bardzo sztywno sięgnęłam po dokumenty (musiałam uważać, żeby za bardzo się nie pochylić i nie odsłonić schowanej za moimi plecami dziury). Póki co nie wprowadzono jeszcze prawa które nakazywałoby uzyskanie pozwolenia na noszenie przy sobie zaostrzonego patyka.
- Prawo jazdy – nie dawał za wygraną urażony Andy, choć znał mnie od dziecka i doskonale wiedział nie tylko, że mam ważne prawo jazdy, to jeszcze nawet kiedy mi je wydano i że nie popełniłam od lat żadnych większych wykroczeń.
- Słuchaj, Andy, spieszę się do pracy…
- Po prostu pokaż to cholerne prawo jazdy, Sookie.
Raz jeszcze okazało się, że miałam farta, bo mój portfel był w kieszeni płaszcza, a nie w torebce, więc nie musiałam jej przy nim otwierać.
Patrzył na mnie chmurnie zanim oddał mi prawo jazdy i wiedziałam, że kombinuje, jak by tu jeszcze mnie zatrzymać. Próbowałam dyskretnie zerknąć za okno, by zobaczyć, czy drzwiczki po zewnętrznej stronie nie są przypadkiem opryskane krwią. Jeśli były, to przynajmniej na czerwonym lakierze nie było to widoczne.
- Bagażnik – powiedział Andy tryumfalnie.
Nie.
O nie.
- Daj spokój – jęknęłam starając się, by nie dać po sobie znać, jak bardzo mnie przestraszył. – Przepraszam, że na ciebie warknęłam. Mam zły dzień i jestem spóźniona…
Ale Andy niestety nie był wcale złym gliną i musiał coś zobaczyć w mojej twarzy, bo nagle nabrał podejrzeń. Bratałam się z wampirami – kto wie, co mogłam przewozić w bagażniku? V? Wampirze łupy? (cokolwiek Andy miał na myśli, kiedy to pomyślał).
- Sookie, otwórz bagażnik – powiedział stanowczo.
Przełknęłam ślinę. Myślę, że zbladłam.
- Nie mogę – powiedziałam tylko.
- Dlaczego?
Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Miałam w bagażniku martwego kolesia przebranego za policjanta i prawdziwego podejrzliwego policjanta przed nosem. Podejrzliwego przez moje powiązania z wampirami… Jak z tego wybrnąć? Pam powiedziałaby, że muszę obrócić jedną ze słabości w atut. Zamiast wypierać się, że wożę ze sobą martwe ciało powiedzieć coś, co sprawi, że…
- Mam w bagażniku wampira – rzuciłam rozpaczliwie zaskakując tą woltą sama siebie.
Andy spojrzał na mnie kompletnie zbity z tropu. Bingo.
- Że co?
- Nie mogę otworzyć bagażnika, bo w środku jest wampir. Jest dzień – słońce – nie chcesz chyba, żebym zabiła wampira? – paplałam desperacko.
Patrzył na mnie z powątpiewaniem. Zawahał się jednak – może byłam na tyle szalona, że naprawdę woziłam wampiry w bagażniku?
Ha! Przyszedł wreszcie dzień, by ugrać coś na mojej złej sławie.
Andy nie sądził, żebym mówiła prawdę, ale gdyby, przypadkiem… Był ułamek procenta, że nie kłamię, a wtedy gdyby otworzył bagażnik…
Czekałam w napięciu.
Wypuścił ciężko powietrze.
- W porządku, Sookie – powiedział w końcu, a ja miałam ochotę go uściskać. – Tym razem ci się upiekło. Puszczam cię z ostrzeżeniem. Ale następnym razem, kiedy cię spotkam, sprawdzę co jest w twoim bagażniku, bez względu na to, czy będzie dzień, czy noc. Więc lepiej nie trzymaj tam swoich zimnokrwistych przyjaciół. Co ci w ogóle przyszło do głowy? Jestem pewien, że to niedozwolone…
- Obiecuję, więcej tego nie zrobię – odparłam starając się wyglądać na skruszoną.
Odetchnęłam głębiej, kiedy wreszcie odwrócił się i poszedł w stronę radiowozu. Musiałam się zmuszać, żeby nie ruszyć pełnym gazem. Miałam nadzieję, że po drodze nie natknie się na Sama szorującego asfalt.
Dziwnie się czułam zostawiając samochód na parkingu, ale nie miałam większego wyboru. Przykryłam oparcie od strony kierowcy apaszką i dwa razu upewniłam się, że zamknęłam auto, zanim w końcu weszłam do Merlotte’s. Była spóźniona. Arlene, od której przejmowałam zmianę, miała bardzo krzywą minę, ale na szczęście szybko się ulotniła.
Sam wrócił jakieś dwadzieścia minut później i skinął głową w moją stronę, by dać mi znać, że wszystko poszło dobrze. Nie był to mój najlepszy dzień w pracy, co wyraźnie odbiło się na moich napiwkach, bo nie mogłam wykrzesać z siebie czarującej kelnerki, ale przynajmniej miałam jakieś zajęcie trzymające mnie w ryzach i nie pozwalające mi myśleć o trupie w moim bagażniku. Kolejna porcja stresu spłynęła ze mnie, kiedy w barze pojawił się Tray Dawson i dyskretnie odebrał ode mnie wraz z zamówieniem kluczyki. Wiedziałam, że nie może rozmawiać ze mną o dochodzeniu w barze, więc postanowiłam wypytać na spokojnie Amelię co odkryła w mieszkaniu Marii. Tray wypił swoją colę duszkiem i wyszedł łapiąc od bywalców kilka zdziwionych spojrzeń, ale nikt nie poświęcił mu zbyt dużo uwagi.
Moja komórka zadzwoniła gdy tylko zaczęło się ściemniać. Nie patrząc na wyświetlacz wiedziałam, że to Eric. Pomyślałam, że jeśli nie uda mu się szybko ze mną skontaktować, Eric może zrobić coś drastycznego, więc odebrałam mimo że byłam w pracy.
- Hej – powiedziałam starając się brzmieć optymistycznie.
- Słowo daję, gdyby to było możliwe, już dawno bym przez ciebie osiwiał – powiedział Eric zamiast powitania.
- Eric, przepraszam za tę wiadomość – powiedziałam porzucając fałszywie radosny ton. – Wiem, że to nie brzmiało dobrze. Byłam zbyt oszołomiona, żeby powiedzieć coś składnego.
- Jesteś cała? – zapytał rzeczowo.
- Tak.
- Cała, czy potłuczona?
- Obiecuję, jestem cała.
- Co się stało?
- Nic. Mówiłam ci, że nic mi nie jest!
- Sookie – powiedział ostrzegawczo.
Westchnęłam i schowałam się w korytarzu prowadzącym na zaplecze.
- Ktoś próbował do mnie strzelić – powiedziałam zniżając głos, kiedy upewniłam się, że nikogo nie ma w pobliżu. – Strzeliłam pierwsza. To wszystko.
Skrzywiłam się. Próbowałam zabrzmieć, jakby nic takiego się nie stało, ale chyba mi nie wyszło.
- Kto?
- Nie wiem. Wilkołak. Tray Dawson zabrał ciało, ale nie miałam jak z nim porozmawiać. Coś dzieje się w sforze. Dziewczyna Alcide’a nie żyje.
Eric milczał przez chwilę przetwarzając informacje.
- Zadzwonię do Herveaux’a – powiedział. – Twój samochód jest na chodzie?
- Tak, ale Tray go zabrał. Schowałam zwłoki do bagażnika. Najłatwiej było dać mu auto, żeby po prostu je wywiózł. Nie jestem pewna, kiedy wróci. Hm… kula utknęła w oparciu siedzenia.
Eric zignorował moją ostatnią uwagę.
- Nie mogę teraz do ciebie przyjechać, – słyszałam jak bardzo był tym faktem sfrustrowany – ale Pam ma dziś randkę w Bon Temps. Powiem jej, żeby przejechała przez Merlotte’s i odwiozła cię do domu.
- Serio? – powiedziałam zaskoczona. Pam? Randkę? W Bon Temps? – Nie musi mnie odwozić – dodałam szybko.
- Sookie – tym razem ostrzeżenie zadźwięczało wyraźniej. – Chcę wiedzieć, że dotarłaś bezpiecznie do domu. Jestem zachwycony, że ustrzeliłaś przeciwnika, ale może zgódźmy się, że lepiej byłoby, żebyś nie musiała ryzykować ustrzelania na własną rękę kolejnego, jeśli ktoś postanowi zatrzymać cię w drodze powrotnej i dokończyć robotę.
Westchnęłam i potarłam czoło dłonią. Biorąc pod uwagę sytuację nie chciałam wystawiać cierpliwości Erica na próbę.
- W porządku – powiedziałam. – Pojadę z Pam.
- Zadzwonisz do mnie, jak będziesz w domu, żeby dać mi znać, że wszystko poszło zgodnie z planem – nie dawał za wygraną.
Przewróciłam oczami w reakcji na tryb oznajmujący, w którym wygłosił to zdanie.
- Dobrze, kochanie – udało mi się nawet powstrzymać sarkazm.
- Dam ci znać, jeśli uda mi się czegoś dowiedzieć – tym razem brzmiał prawie jakby był zmęczony i natychmiast poczułam wyrzuty sumienia.
- Obiecuję, będę ostrożna.
Pożegnałam się z nim szybko i wróciłam na salę rzucając Samowi przepraszające spojrzenie.
Jakieś czterdzieści minut później wszedł Andy. Często wpadał po pracy na obiad i piwo.
- No i gdzie ten twój wampir, Sookie? – zapytał z lekką kpiną, kiedy podeszłam wziąć od niego zamówienie.
- Jeden jest tu – powiedział zza moich pleców głos, który dobrze znałam.
- Pam! – zawołałam odwracając się z uśmiechem.
Oczy jej błyszczały i była w niestosownie dobrym humorze. Andy zmierzył ją niedowierzającym spojrzeniem. Pam miała na sobie białą, koronkową sukienkę, a jej jasne włosy leżały rozczesane gładko na ramionach. Wyglądała na ostatnią osobę, którą można by posądzić o wypełznięcie z bagażnika.
- Słyszałam, że dziś nie próżnowałaś – powiedziała całując mnie w policzek na przywitanie. – Zbieraj się. Powinnam być u ciebie w domu za piętnaście minut.
- Jeszcze nie skończyłam zmiany.
Posłała mi karcące spojrzenie.
- Nie chcesz chyba, żebym spóźniła się na randkę? Obie wiemy, że nie ruszę się stąd bez ciebie. Jeśli będziesz się upierać, żeby pracować dalej, po prostu siądę tu i na ciebie poczekam.
Próbowała wpędzić mnie w poczucie winy. Działało. Byłam rozdarta pomiędzy poczuciem obowiązku a głęboką niechęcią do psucia planów Pam.
- Daj mi chwilę – powiedziałam i podeszłam do Sama, który obserwował nas zza lady.
- O co chodzi? – zapytał wskazując brodą w stronę Pam.
- Eric wie o dzisiejszym… incydencie. Chce, żeby Pam odwiozła mnie do domu.
Sam westchnął.
- Nie specjalnie obchodzi mnie Eric, ale jeśli ty chcesz wracać do domu, to oczywiście cię puszczę. Prawdę mówiąc prawdopodobnie i tak należy ci się reszta dnia wolnego tym, co się stało.
- Sam, przepraszam, że cię w to wszystko wciągnęłam – powiedziałam szczerze.
Nie dość, że bez żadnych pytań pojechał na moją prośbę sprzątać miejsce zbrodni, to jeszcze uważał, że należy mi się wolne.
- Nie, Sookie, cieszę się, że do mnie zadzwoniłaś. Chcę, żebyś wiedziała, że zawsze możesz się do mnie zwrócić, jeśli masz kłopoty.
Gdyby nie stał za barem, to bym go uściskała.
- A teraz leć, zanim Pam przestraszy Andy’ego na śmierć – dodał.
Szybko obróciłam głowę w stronę porzuconego stolika. Pam siedziała naprzeciwko Andy’ego i z lekko pochyloną na bok głową i studiowała go wzrokiem. Andy wyglądał bardzo nieswojo pod jej badawczym spojrzeniem. Czym prędzej odciągnęłam ją od niego i powiedziałam, żeby czekała na mnie na zewnątrz. Wrzuciłam fartuch do kosza z brudami i zgarnąwszy z biura Sama płaszcz i torebkę (z pistoletem w środku!) poszłam odszukać ją na parkingu.
- Tylko mi nie mów, że zdążyłaś skasować samochód – powiedziała, kiedy stało się jasne, że mojego nowego pojazdu nie ma nigdzie w okolicy. Widocznie Eric nie opowiedział jej całej historii.
- Nie, ale jest trochę sponiewierany – przyznałam wsiadając do jej auta.
- To znaczy?
- Krew w bagażniku. Kula w tapicerce.
Pokiwała ze zrozumieniem głową przekręcając kluczyk w stacyjce.
- Nie znoszę krwi w bagażniku – powiedziała ze współczuciem. – Strasznie ciężko ją wywabić. W końcu zaczęłam wozić ze sobą kilka worków na zwłoki, żeby uniknąć sprzątania. Może też powinnaś. Mała rzecz, a zaoszczędza tyle pracy.
- Dzięki za radę – odparłam nieco słabo.
- Nie ma sprawy.
Poklepała mnie po ramieniu.
- Nie martw się, jeśli nie zejdzie – powiedziała. – I tak niedługo będziesz musiała przemalować paznokcie.
Spojrzałam na nią niepewna, czy dobrze usłyszałam.
- Jak to się mówi, nie ma sensu płakać nad rozlaną krwią – dodała.
- Bardzo śmieszne, Pam.
Miałam nadzieję, że żartowała. Zaśmiała się, więc chyba na szczęście tak było.
- Musisz kiedyś nauczyć mnie strzelać – rzuciła po chwili zerkając na mnie z sympatią.
- Och, jasne. Mogłybyśmy zrobić sobie taki damski wieczór – mój sarkazm znów zagubił się gdzieś po drodze.
Pam pokiwała z entuzjazmem głową.
- Wiesz, Pam, nie jestem wcale doborowym strzelcem – przyznałam. – Jeśli naprawdę chcesz się nauczyć strzelać, to prawdopodobnie możesz znaleźć lepszego instruktora.
- Trafiasz wtedy, kiedy się liczy – nie zgodziła się Pam.
Uśmiechnęłam się słabo.
- Przypuszczam, że masz rację. Jesteś w świetnym humorze. To przez randkę? Z kim się spotykasz?
- Z twoją współlokatorką.
- Z Amelią? – zapytałam zaskoczona. – Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
Wzruszyła ramionami.
- Myślałam, że ci powie albo usłyszysz, jak o tym myśli. Jestem w dobrym humorze, bo idę dziś na randkę i dlatego, że oboje z Erikiem mnie bawicie. Swoją drogą dzięki – machnęła mi przed oczami telefonem ze zdjęciem śpiącego Erica z moją inskrypcją na czole. – Eric jeszcze nie wie, że to mam.
Uśmiechnęła się szeroko i niebezpiecznie.
Przez to wszystko zdążyłam już zapomnieć, że je jej wysłałam.
- Myślisz, że przed wyjściem z domu spojrzał w lustro? – zapytałam po chwili milczenia.
Normalnie by to zrobił, ale moje nagranie na sekretarce mogło go rozproszyć. Pam w dalszym ciągu się uśmiechała.
- Głowię się nad tym odkąd wstałam – przyznała.
 
 
Quietly 
Bloody Resident



Wiek: 25
Dołączyła: 21 Lip 2011
Posty: 58
Skąd: Nisko
Wysłany: 02-07-2014, 15:18   

Jak mnie tu dawno nie było! Usmiałam się co nie miara, czytając ostatni rozdział. Rewelacja! Uwielbiam Pam i Erica w Twoim wydaniu ;) Super prowadzisz akcję ;)
 
 
elaonor 
Should stay out of cemeteries!


Dołączyła: 04 Lip 2011
Posty: 546
Skąd: Wawa
Wysłany: 22-07-2014, 14:22   

mi się za to bardzo podobał ostatni rozdział With Benefits :) Sookie była boska - czekam na więcej i na reakcję Erica - nie każ nam długo czekać :)

ps wiem że może dziwnie to zabrzmi ale zdecydowanie wolę Twoje opowiadania po angielsku :) może dlatego że nie jestem przyzwyczajona do czytania FF po polsku (z tego powodu że mało kto coś w naszym ojczystym języku pisze). a może dlatego że po angielsku piszesz z humorem :)
_________________
nie mam pomysłu na avka więc na razie będzie pusto...
 
 
al_umran 
Child of the night



Wiek: 30
Dołączyła: 08 Lut 2010
Posty: 266
Skąd: tutaj
Wysłany: 25-08-2014, 15:21   

'With Benefits' w ogóle jest specyficzne :D Tymczasem zaczęłam tłumaczyć "Więcej grzechów nie pamiętam", więc jeśli ktoś jest ciekawy porównania jednej i drugiej wersji językowej, można sprawdzić. Po angielsku napisałam też kilka jedno-odcinkowych (nie jestem pewna, czy ze wszystkimi się reklamowałam. Ostatnie to chyba 'Wait' i 'Never-Ever After')
Wrzucam dziś krótki kawałek, bo choć nie oglądałam jeszcze finału, mam nieprzyjemne przeczucie, że trzeba się będzie po nim czymś pocieszyć. Nie składam obietnic co do tej historii - wiem tylko, co jest w kolejnym rozdziale, bo ten ucięłam szybciej, żeby nie był za długi. Dajcie znać, czy jeszcze czekacie na to opowiadanie.

10. Prychnęłam krótkim, zduszonym śmiechem, którego końcówkę udało mi się zamienić w kaszel. Odchrząknęłam i zerknęłam na Pam. Zobaczyłam, że jeden z kącików jej ust drgnął krótko w niedokończonym uśmiechu.
- Mam do ciebie prośbę, Sookie – powiedziała parkując na moim podjeździe i odwracając się do mnie.
- Tak?
- Nie daj się zabić.
Wysiadła zostawiając mnie oszołomioną w samochodzie.
- Nie ma sprawy – powiedziałam w przestrzeń.
Wygramoliłam się znacznie wolniej i dogoniłam Pam czekającą na mnie na ganku.
- Amelio! Ktoś po ciebie przyszedł – zawołałam wchodząc.
Usłyszałam jak Amelia zbiega szybko ze schodów żeby wyjść nam na spotkanie.
- Och! Przyjechałyście razem – powiedziała. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, jak się rumieni.
Pam powoli zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów. Myślę, że trochę niegrzecznie się na nie gapiłam, kiedy zaczęły sobie nawzajem prawić komplementy. Nie mogłam się nadziwić temu niespodziewanemu obrotowi sprawy.
Dałam im chwilę podczas gdy zdjęłam płaszcz i buty, ale ponieważ wyglądało na to, że zamierzały gdzieś razem wyjść (nie miałam nic przeciwko temu – przy sile nadawania Amelii nie miałam specjalnej ochoty wysłuchiwać jej niecenzurowanych myśli o Pam) postanowiłam jednak na chwilę im przeszkodzić:
- Przepraszam, że psuję nastrój, ale bardzo chciałam się dowiedzieć, jak poszło z rekonstrukcją.
- Och, doskonale – odparła Amelia bardzo dumna z siebie. – Wszystko się udało.
- Czego się dowiedziałaś? – zapytała Pam przechodząc w mgnieniu oka w tryb praktyczny.
- Maria-Star zdecydowanie została zamordowana – powiedziała Amelia tracąc nieco entuzjazmu. – Tray rozpoznał jednego z dwóch napastników – Cala Myersa, policjanta ze Shreveport.
- Ciekawe, czy to ten sam, którego dzisiaj zastrzeliłaś – zastanawiała się na głos Pam.
- To by tłumaczyło, skąd miał mundurową kurtkę – odpowiedziałam w zamyśleniu.
Amelia zamrugała oczami. Zdałam sobie sprawę, że nawet nie zdążyłam jej o tym powiedzieć.
- Zastrzeliłaś kogoś? – zapytała zszokowana. – Kiedy?
Zrobiłam ręką bliżej nieokreślony, zakłopotany gest.
- Po drodze do pracy.
Niektórzy kupowali po drodze bułki w sklepie na rogu. Inni wyrzucali wychodząc śmieci. Ja raz na jakiś czas zabijałam wroga.
Amelia zawahała się.
- Może nie powinnyśmy… - zaczęła i wiedziałam, co chce powiedzieć: że może lepiej byłoby, gdyby zostały dziś w domu, zamiast zostawiać mnie sam. Po sposobie, w jaki patrzyła na mnie Pam domyślałam się, że zastanawia się nad tym samym.
- Nie. Nie ma mowy! Dom jest otoczony zaklęciami, które sama rzuciłaś! Będą działać bez względu na to, czy tu będziesz, czy nie. Idziecie! Sio!
Byłam bliska wypchnięcia je za drzwi. Pam rzuciła mi ostre spojrzenie.
- Zadzwoń do niego – przypomniała surowo.
- Tak, tak. Już dzwonię. Bawcie się dobrze!
Wzięłam głęboki oddech, kiedy w końcu zatrzasnęły się za nimi drzwi. Poszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę herbaty. Wstawiłam jedzenie do podgrzania zanim usadowiłam się przy stole z telefonem i zadzwoniłam do Erica. W końcu mu to obiecałam.
- Jestem – powiedział.
Nigdy nie przyzwyczaję się do sposobu, w jaki wampiry rozmawiają przez telefon. Czy przypadkiem do niedawna nie miały dla niepoznaki doskonale naśladować we wszystkim ludzi? Więc jakim cudem zdołały wykształcić charakterystycznie nieprzystający do ludzkich norm sposób telefonicznej konwersacji?
- Ja też jestem. Tyle że tutaj.
- Dobrze – wziął moją wypowiedź za dobrą monetę. – Rozmawiałem z Herveaux’em.
- Powiedział coś nowego?
- Znaleźli kolejną ofiarę.
Przeszedł mnie dreszcz.
- Kogo?
- Christine Larrabee.
Znałam Christine. Była wdową po jednym z byłych przywódców i miała w stadzie wysoką pozycję. Podczas zmagań o przywództwo opowiedziała się za ojcem Alcide’a.
- Ktoś poluje na kobiety ważne dla stada, zamiast zmierzyć się z tym, o kogo naprawdę mu chodzi – stwierdziłam.
- Owszem – przyznał Eric z niesmakiem. Nie musiałam go pytać, by domyślić się, że gardził tą taktyką.
- Myślisz, że Alcide ma rację i to Patrick zleca morderstwa?
- Nie jestem przekonany. Nie znam na tyle dobrze wewnętrznych relacji w stadzie, żeby wysunąć inną kandydaturę, ale coś mi tu nie gra.
- Dlaczego? Wszystkie ofiary ataków – łącznie ze mną – były związane jakoś z Alcidem.
- Spotkałaś Furnana – powiedział po namyśle. – Czy odniosłaś wrażenie, że jest idiotą?
- Co masz na myśli? Nie zdobył mojej sympatii, ale nie, nie wydał mi się jakoś szczególnie głupi.
- Zabijanie kobiet z własnego stada nie przysporzyłoby mu poparcia. Zlecenie zamachu na ciebie jest jeszcze bardziej ryzykownym krokiem, bo sprawca będzie mieć do czynienia ze mną – powiedział prosto z mostu Eric.
Zadzieranie z Erikiem zdecydowanie przynosiło więcej strat niż korzyści.
- Kto w takim razie mógłby mieć nadzieję na tym zyskać?
- Ktoś, kto nie wie o naszym związku albo kto ma nadzieję zaszkodzić obu stronom i obarczyć winą Furnana.
- Ale kto?
- Nie mam pojęcia.
Westchnęłam ciężko.
- No dobrze, będę mieć oczy szeroko otwarte.
- Nie wychodź nigdzie dziś wieczorem.
- Nie mam zamiaru.
- Najlepiej w ogóle nie wychodź.
- Eric!
- Sama – dodał kompromisowo.
Westchnęłam.
- Eric, wiesz, że to niemożliwe. Muszę wychodzić z domu.
Burknął coś niezrozumiałego, ale wyraźnie niezadowolonego.
- Wiem, że się o mnie martwisz i dziękuję – ciągnęłam usiłując go spacyfikować. – Nie myśl, że nie jestem wdzięczna. Obiecuję ci, że nie będę bez potrzeby ryzykować, ale nie mogę – i nie chcę – wyłączać się z życia.
- Mogłabyś przeczekać, póki nie zatrzymamy tego, kto na ciebie poluje.
Uśmiechnęłam się smutno.
- Nie przeczę, że to brzmi rozsądnie, – powiedziałam – ale realistycznie patrząc, gdybym przeczekiwała w ukryciu za każdym razem, kiedy ktoś czyha na moje życie i zdrowie, spędziłabym większość ostatnich dwóch lat w zamknięciu. Zaczynam wątpić, żeby ten stan rzeczy miał się niebawem zmienić.
- Przyciągasz kłopoty jak magnes – odparł Eric głosem, w którym czułość mieszała się z frustracją mniej więcej w równych proporcjach.
- Oczywiście – odparowałam natychmiast – to dlatego nie możesz mi się oprzeć.
- Wolałbym być jedynym źródłem twoich kłopotów.
Kontrast ponurego tonu, jakim wypowiedział to zdanie i sposobu, w jaki je sformułował, sprawił, że mimo powagi sytuacji prychnęłam cicho. Cały Eric.
Moja kolacja zaczęła pachnieć, więc wstałam i wyłączyłam kuchenkę.
- Uwierz mi, preferuję twój rodzaj kłopotów – powiedziałam. – Myślałam, że podoba ci się, że nie można się ze mną nudzić?
- Sookie, Sookie, Sookie. Jeśli nie wiesz, jak miło spędzać wspólnie czas bez polowania na skrytobójców, wystarczyło powiedzieć. Mam kilka pomysłów.
Trochę poprawił mi się humor. Odprężyłam się słysząc, że odpowiada na moje przekomarzanie.
- Och, czyżby? Co takiego? – podjęłam wyzwanie.
Eric zaśmiał się krótko.
- Z przyjemnością bym ci o tym opowiedział, kochanko, ale zajęłoby mi to całą noc, a muszę jeszcze dzisiaj zrobić kilka rzeczy – jak choćby zająć się szukaniem kogoś, kto chciał cię zabić.
- Całą noc, hm? – uśmiechnęłam się przekładając słuchawkę, tak żebym była w stanie nałożyć jedzenie na talerz nie przerywając rozmowy.
- Byłbym bardzo sumienny w opisywaniu szczegółów.
- Może kiedyś poproszę cię o prezentację.
Usiadłam z powrotem przy stole i zamilkliśmy na chwilę oboje. Kiedy Eric znów się odezwał, wyraźnie spoważniał.
- Wolałbym, żebyś nocowała u mnie, przynajmniej póki to wszystko się nie uspokoi.
Przełknęłam ślinę i poczułam jak mój puls przyspiesza. Czy tylko mi się wydawało, czy Eric powiedział „przynajmniej”? Być może sformułował w ten sposób zdanie przypadkiem, ale nie mogłam nie zadać sobie pytania, czy coś mu się nie wymknęło.
Ponieważ nie byłam pewna, jak się czuję z implikacjami, które czaiłyby się za przyznaniem, że być może chodziło tu o coś więcej, odłożyłam pytanie na później, by skoncentrować się na bieżącej rozmowie.
- Kochanie… Nic mi nie będzie. Amelia otoczyła dom ochronnymi zaklęciami. – Urwałam, nie wiedząc, jak delikatnie powiedzieć mu to, co myślałam. Nie miałam wątpliwości, że dom Erica był bezpieczny, zwłaszcza kiedy on sam był w środku, ale to nie miejsce w którym miałam spać wydawało mi się najbardziej narażone na możliwy atak. Powiedziałam więc po prostu – Nie wydaje mi się też, żeby dojeżdżanie do pracy ze Shreveport było w tej chwili najlepszym pomysłem.
- Nie lubię twojej pracy – odpowiedział natychmiast. Cóż, przynajmniej był szczery. – Martwię się. Jesteś taka…
Zawiesił głos, jakby nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa albo jakby bał się, że to co powie może mnie urazić. Jakiego określenia szukał? Delikatna? Nietrwała? Beznadziejnie pozbawiona szans w otwartej walce?
- Słaba? – nie patyczkując się postawiłam jasno sprawę. Nie było się co czarować.
- Nie – obruszył się Eric. Moje serduszko. – Podatna na obrażenia.
- Ludzka – podpowiedziałam.
- Śmiertelna – uściślił już zupełnie bez humoru.
Prędkość, z jaką udzielił tej riposty, kazała mi podejrzewać, że myślał o tym nie po raz pierwszy.
- Cóż, to już niestety jest w pakiecie – powiedziałam spokojnie, choć miałam wrażenie, że moja nonszalancja działa mu na nerwy. – Nic się na to nie da poradzić.
Odpowiedziała mi cisza. Milczenie Erica było jakoś nieprzyjemnie wymowne.
Och. Och!
Nie ma to jak wdepnąć w konwersacyjną minę.

[ Dodano: 08-09-2014, 16:51 ]
Najnowsze TruBludowe:
https://www.fanfiction.net/s/10678635/1/

[ Dodano: 16-10-2014, 17:16 ]
Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, czy zmiana mojego śmiertelnego statusu znajduje się gdzieś wśród możliwych scenariuszy mojej przyszłości, ale instynktownie czułam, że oboje domyślamy się swoich stanowisk w tej sprawie i tego, że są one w konflikcie.
- Eric, nie chcę z tobą teraz o tym rozmawiać – powiedziałam stanowczo. Nie sądziłam, żebym kiedykolwiek miała ochotę na tę rozmowę, ale to naprawdę nie był dobry moment. – A tym bardziej nie przez telefon.
- Będziemy musieli kiedyś o tym porozmawiać.
- Wiem – westchnęłam bez entuzjazmu. – Ale nie dzisiaj. Nigdzie się nie wybieram. Mamy czas.
Nie miałam na myśli tylko czasu na rozmowę.
- Ile czasu?
Zamknęłam oczy.
- Eric, proszę cię, nie rób tego.
Eric znowu nie odpowiedział.
Wzięłam głęboki oddech. Nie chciałam kończyć w ten sposób rozmowy. Poza tym, być może usprawiedliwiałam swoją niechęć do tego tematu, ale nie byłam pewna, czy nie za wcześnie jeszcze na tę dyskusję – kto wie, co będzie dalej? Może lepiej nie zadręczać się przyszłością? Biorąc pod uwagę moje doświadczenia, wcale nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że nie zdążę się zestarzeć, więc po co teraz się o to martwić… choć nie sądzę, żeby ten argument uspokoił Erica. Nie powinnam była być jednak zdziwiona, że Eric już się nad tym zastanawiał – lubił być ze wszystkim dwa kroki do przodu.
- Kochanie… - spróbowałam znowu. – Obiecuję ci, że nie mam skłonności do autodestrukcji. Wiesz, że –
- Nie! – wszedł mi w słowo. – Nie wiem. Dobre dwa lata trzymałaś mnie na dystans, bo nie chciałaś mi zaufać, a teraz mówisz mi, że powinienem po prostu pogodzić się z faktem, że ty zawsze zamierzałaś mnie zostawić, prędzej czy później?
Muszę przyznać, że mnie zatkało. Eric rzadko pozwalał sobie na podobny wybuch. Zwykle zagryzał zęby i używał jak oręża swojej wampirzej maski. Erikowi daleko było do czułostkowości – jego serce było dobrze opancerzone. Ponieważ jednak byłam jedną z nielicznych osób, które miały okazję zobaczyć, co kryje się pod pancerzem, podejrzewałam, że znam jego sekret; że przyczyną, dla której rzadko ściągał z siebie tę zbroję był fakt, że był pod nią emocjonalnie bezbronny.
Dotarło do mnie, że choć nawiedzały mnie od czasu do czasu obawy, co stanie się ze nami za kilka lat, były one bardziej abstrakcyjne – nie mierzyłam się z myślą, że któregoś dnia obudzę się, by dowiedzieć się, że Eric nie żyje. Pozwoliło mi to ujrzeć w nowym świetle sposób, w jaki zareagował na całą tę sytuację – począwszy od nieznoszącego sprzeciwu oznajmienia mi, że wysyła po mnie Pam po obcesowość żądania, żebym nigdzie nie wychodziła.
To był pierwszy raz po Rhodes, kiedy ktoś próbował zrobić mi krzywdę.
- …że cię kocham – dokończyłam szeptem.
Wiedział to, prawda? Mówiłam mu. Ze dwa albo trzy razy.
Nie żeby on był lepszy w te klocki: jak na razie, nie licząc podpisu na dzisiejszej notce dołączonej do samochodowych kluczyków, miałam od niego listowne wyznanie z czasu jego amnezji i wypowiadaną od niego od czasu do czasu ładnie brzmiącą, nordycką frazę.
Chociaż z drugiej strony nie dało się zaprzeczyć, że to Eric nieustannie, od samego początku dawał mi jasno do zrozumienia, że chce, żeby coś się między nami zdarzyło, a ja bardzo długo go odpychałam. Czy wiedział, jak poważnie traktowałam tę deklarację?
Okej. Zdecydowanie powinniśmy porozmawiać.
- Nie chcę cię przemieniać – wziął mnie z zaskoczenia.
- Nie? – zdziwiłam się. Nawet nie próbowałam udawać, że nie wiedziałam wcześniej, że właśnie do tego pije.
- Nie chcę, żebyś była wampirem. Chcę, żebyś była.
A niech mnie, jeśli to nie była idealna odpowiedź.
- Wszystko co mówię… w tej chwili… to że chciałabym, żebyś tu teraz był – powiedziałam głosem, który zdradzał, że jeśli nasza rozmowa potoczy się dalej w tym tonie, to zaraz zacznę płakać.
Strasznie chciałam go przytulić. Albo przynajmniej być na tyle blisko, żeby wiedzieć, jak się czuje.
Eric wydał bliżej nieokreślony pomruk.
Wbiłam wzrok w kęs zapiekanki tkwiący na końcu mojego widelca. Nagle nie byłam głodna.
- Nie chcę cię zostawiać – odpowiedziałam na jego wybuch, bo choć wciąż uważałam, że to temat na rozmowę oko w oko, nie mogłam tego zostawić bez komentarza. Wyglądało na to, że jednak przeprowadzimy tę rozmowę teraz, bo nie potrafiłam jej uciąć, kiedy już raz otworzyliśmy tę puszkę Pandory, - ale to… nie takie proste. Nie chodzi o to, że nie chcę być z tobą, ale zrozum… prosisz mnie, żebym zmieniła to, kim jestem.
Rozumiałam jego punkt widzenia, ale pod wieloma względami byliśmy w niemożliwej sytuacji. Przemiana w wampira obejmowała o wiele więcej niż tylko wieczną młodość.
- Nie rozumiesz – nieświadomie sprzeciwił się moim myślom Eric. Słyszałam w jego głosie wyraźnie zdenerwowanie. – Nie chcę cię zmieniać. Nie chcę, żebyś była kimś innym! Gdybym mógł zatrzymać cię taką, jaką jesteś, tego właśnie bym chciał, ale oboje wiemy, że to niemożliwe. Nie nalegałbym, żeby o tym rozmawiać, gdyby istniało inne rozwiązanie. Nie możesz poważnie oczekiwać, że nie zadam tego pytania. Nie robię tego złośliwie.
- Eric, wiem – spróbowałam mu przerwać, żeby go uspokoić, ale nie dał się wybić z rytmu.
- Myślisz, że mi się to podoba? Uwielbiam to, że pachniesz słońcem i mogę słuchać twojego serca, że jesteś ciepła i… żywa – musiałam zamrugać oczami, bo znowu zaczęły napełniać się łzami. Podświadomie zawsze przygotowywałam się, że jeśli dojdzie kiedyś do tej rozmowy, będę musiała stoczyć z Erikiem walkę o swoją niepodległość, ale używał zupełnie innych argumentów, niż się spodziewałam i wytrącał mi broń z ręki. – Ale to jedyny sposób, jaki znam. I jeśli muszę wybierać, jeśli wybór sprowadza się do rezygnacji z tego wszystkiego, albo zostania z niczym, to nie zawaham się go podjąć!
- Hola, stop, stop, Eric, zwolnij w tej chwili – powiedziałam stanowczo, bo tym razem zapędził się za daleko. Odepchnęłam talerz rezygnując z jedzenia i wstałam od stołu. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby usiedzieć w miejscu. – Co dokładnie masz na myśli mówiąc, że się nie zawahasz? I jak to: „z niczym”? Chcesz powiedzieć, że to, co mamy teraz jest niczym? Że nie jest nic warte, jeśli się skończy? Że to – my – ja – będzie mieć znaczenie dopiero jeśli…
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz, kobieto? – rzucił sfrustrowany. – Nie mówię, że jesteś niczym! Mówię, że jesteś wszystkim!
Wzięłam głęboki wdech, ale chociaż poruszyłam ustami, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Najwyraźniej Eric wciąż miał więcej do powiedzenia, bo kiedy nic nie odpowiedziałam, kontynuował:
- Boisz się, że chcę cię zmienić? Nie obchodzi mnie, czy jesteś wampirem, człowiekiem, czy wróżką. Obchodzi mnie, czy żyjesz!
Nie ukrywam, że jego deklaracja była poruszająca, ale nie bardzo wiedziałam, jak na nią odpowiedzieć, więc na moment nasza rozmowa zawisła. Niestety, ze wszystkich pięknych i wielkich rzeczy, które mówił, a na które ja nie potrafiłam znaleźć właściwych słów, by wyrazić uczucia, które we mnie budziły, jedynym fragmentem w jego żarliwej wypowiedzi, który nie tylko potrafiłam, a wręcz czułam się w obowiązku skomentować, był ten, który wywoływał we mnie największą niechęć. Dlatego po dłuższej pauzie przerwałam nasze obopólne milczenie.
- W porządku. Rozumiem, że przemawia przez ciebie troska. Wiem, że musimy o tym kiedyś dłużej porozmawiać. Nie chcę się z tobą kłócić.
- Wyczuwam ‘ale’.
- Nie mogę nie zapytać. Jak mam rozumieć zdanie „nie zawaham się podjąć wyboru”?
Eric westchnął. Miałam wrażenie, że przejął ten niepotrzebny nawyk ode mnie, podobnie jak ja nauczyłam się od niego odpowiadania przez unoszenie brwi.
- Nie myślisz poważnie, prawda? Nie zrobiłbyś tego? Powiedz mi, że się zagalopowałeś a nie nosisz się z zamiarem przemienienia mnie siłą!
- Mam nadzieję, że kiedyś się zgodzisz.
- Eric! – powiedziałam ostro, bo to zdanie nie do końca odpowiadało na moje pytanie. – Obiecaj mi! Przyrzeknij mi, że nigdy tego nie zrobisz!
- Nie mam zamiaru przemieniać cię wbrew twojej woli – tym razem brzmiał jakby był lekko obrażony, co sprawiło, że nieco mi ulżyło. Mimo to nalegałam:
- Obiecaj.
Przez chwilę ze słuchawki dobiegała tylko cisza. Zamknęłam oczy. Wiedziałam, jak trudna musiała być dla Erica ta decyzja, ale także że nie rzuca słów na wiatr, więc jeśli przyrzeknie…
- Obiecuję – powiedział w końcu głucho.
- Nawet, jeśli będę umierać – dodałam.
- To co innego – sprzeciwił się natychmiast.
- Niby dlaczego?
Żachnął się tylko.
- Eric?
- Masz rację. To nie jest rozmowa na telefon.
- Mówiłam od początku – nie mogłam się powstrzymać od zrobienia przytyku. – No dobrze, na dziś wystarczy.
I tak już sporo z niego wyciągnęłam, więc uznałam, że lepiej nie przeciągać struny. Eric przycichł, ale tym razem było w tej małomówności coś ponurego, co sprawiło, że poczułam wyrzuty sumienia.
- Gniewasz się na mnie? – zapytałam.
- Nie – powiedział przybitym tonem i chociaż nie zamierzałam go przepraszać za to, kim jestem, ścisnęło mi się serce. – Wiedziałem, czego się spodziewać. Nie oczekuj jednak, że nie będę próbować zmienić twojego zdania.
- Nie rób sobie na to zbyt wielkiej nadziei – ostrzegłam go szczerze.
- Ty też mi coś obiecaj
- Co takiego?
- Że co jakiś czas będziesz o tym myśleć. Wiem, że teraz uważasz, że jesteś zdecydowana, ale to nie znaczy, że zawsze tak będzie.
- Dobrze – powiedziałam po chwili. – Obiecuję.
Nie powiedziałam tego na głos, ale był jedyną przyczyną, dla której kiedykolwiek mogłabym rozważać inną odpowiedź.
- Tyle na razie mi wystarczy.
Ta noc już jest długa, a jeszcze się nie skończyła.
Nie kryłam ulgi z tego, że dał mi furtkę na zmianę tematu, ale było mi przykro z powodu przygnębienia Erica.
Zawahałam się. Nie mogłam uwierzyć, że wracam do tego z własnej woli.
- Eric, posłuchaj mnie – powiedziałam starając się brzmieć stanowczo. – Nie ma nikogo – rozumiesz? – nikogo ważniejszego od ciebie.
Zdałam sobie sprawę, że mówię prawdę. Był oczywiście Jason – ale jego umieszczałam w zupełnie innej kategorii niż Erica. Jason był moim krewnym, bratem, co czyniło naszą relację czymś, czego nie kwestionowałam, ale też niepodlegającym wyborowi. Kochałam mojego brata tym rodzajem miłości, którego początki należałoby lokować wcześniej niż początki mojej świadomości, być może od urodzenia. Erica bardzo długo usiłowałam nie kochać, ale okazało się to niemożliwe. Nie chodziło tylko o to, że uczucia które żywiłam w stosunku do Erica miały romantyczny charakter – nie byłam zakochana w samej idei zakochania, jak miało to prawdopodobnie miejsce w przypadku Billa, ani w jakimś abstrakcyjnym ideale mężczyzny doskonałego, który mimowolnie tworzy w swojej głowie większość kobiet, kiedy marzy o szczęśliwej przyszłości. Uśmiechnęłam się sama do siebie: gdybym miała przypomnieć sobie, co znajdowało się na mojej liście, Eric pewnie rozminąłby się z wieloma kryteriami. „Krwiożerczy, apodyktyczny, bezczelny i uparty jak osioł” raczej nie figurowały jako pożądane przeze mnie przymioty mojego wyśnionego partnera. Nie, Eric nie był marzeniem. Był prawdziwy.
Eric mruknął coś co chyba nawet w założeniu nie składało się z artykułowanej mowy. Wyglądało na to, że w elokwentnym reagowaniu na poważne wyznania mieliśmy 0:0. Miałam tylko nadzieję, że trochę go ułagodziłam.
- Kiedy możemy się spotkać? – zapytałam impulsywnie.
Potrzebowaliśmy tego. Trudno było uwierzyć, że dziś rano obudziłam się obok niego.
- Nie jestem pewien – powiedział Eric z wahaniem. – Póki co jestem bardzo zajęty. Nie wiem, kiedy będę mógł się wyrwać.
- Fangtazja?
- Nie. Wolałbym, żeby tylko o to chodziło. Wtedy mógłbym to zostawić na głowie Pam i wynagrodzić jej to później.
To mogło oznaczać tylko jedno: wampirzą intrygę. Eric był, bądź co bądź, nie tylko właścicielem baru, ale też szeryfem, a to niosło za sobą obowiązki.
- Nadrabiasz zaległości, czy coś się stało? – zapytałam starając się nie zdradzić za dużo przez telefon.
- Wiesz, że ostatnio było tu dość nerwowo – odpowiedział tym samym tonem. – Chcę być przygotowany na każdą ewentualność.
Ranna królowa i szpiedzy na podwórku. No tak. Zrobiło mi się głupio, że o tym zapomniałam. Eric miał pełne ręce roboty.
- Zadzwonisz, żeby dać mi znać? – miałam nadzieję, że nie brzmię tak desperacko jak się czułam.
- Oczywiście – powiedział. A ponieważ Eric zawsze szybko dochodził do siebie, natychmiast dodał:
- Jeśli chcesz się ze mną zobaczyć, to może jednak weźmiesz pod uwagę moją propozycję co do noclegu? Gdybyś zatrzymała się u mnie, widywałabyś mnie codziennie, nawet jeśli na krótko.
Uśmiechnęłam się słabo. Eric nigdy się nie poddawał. Teraz nawet miałabym ochotę go odwiedzić, ale wiedziałam, że skoro jest zajęty wróci dopiero przed świtem, a moje poprzednie powody do odmowy nie były wyssane z palca.
- Wybacz, kochanie – powiedziałam. – Kiedy mówiłam, że myślę, że bezpieczniej będzie zostać w domu, nie próbowałam się wykręcić. Po prostu daj mi znać, kiedy będziesz mieć czas.
- Poczekaj – usłyszałam czyjś przytłumione odgłosy w tle i domyśliłam się, co zaraz powie. – Muszę kończyć.
- Jasne. Dobrej nocy, Eric.
- Dobranoc, Sookie. Uważaj na siebie.
- Obiecuję.
Siedziałam jeszcze przez dłuższą chwilę zamyślona ze słuchawką w ręku po tym, jak się rozłączyliśmy. To był długi i emocjonujący dzień. Miałam dużo spraw do przemyślenia, ale wiedziałam, że nie rozwiążę ich wszystkich tego wieczora. Byłam właśnie w trakcie wmuszania w siebie zimnej zapiekanki, kiedy niespodziewanie mój telefon znów zadzwonił.
- Eric? – zapytałam automatycznie odbierając. Może zapomniał mi czegoś powiedzieć?
Odpowiedział mi melodyjny śmiech.
- Och, nie – odezwał się kobiecy głos. – Ale dobrze wiedzieć, że o niego pytasz.

[ Dodano: 10-03-2015, 00:09 ]
Nowe: https://www.fanfiction.net/s/10678635/1/Healed
I najnowsze: https://www.fanfiction.net/s/11102474/1/
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Style edur created by spleen modified v0.6 by warna
Strona wygenerowana w 0,25 sekundy. Zapytań do SQL: 25


Załóż : Własne Forum lub Własną Stronę Internetową